28 Days Later + The Bone Temple

Jakże dziwacznie było zacząć od części drugiej. Gdzieś po środku niczego, nie połączyłem kropek iż Bone Temple to kontynuacja. Tym samym – jakże wielkie było moje zdziwienie tym jak różne są to filmy. Jedynka to niemalże artystyczna wizja dystopijnego świata. Dosadne obrazy, pokazane w oryginalny sposób nieco zaskakują. To nie jest kolejny film o zombie (mimo, że tak naprawdę jest;). Wizja twórców jest naprawdę godna podziwu. Przez bardzo wysublimowane pokazywanie świata do niemalże indie-kinowego sznytu, „28 lat później” budzi nieustanną „sympatię”. Nawet bym się pokusił, że to kino przygodowe jak bardzo przewrotnie by to nie brzmiało. Droga Spike’a jaką przechodzi jest kręta i trudna i to czuć. Ciężar jaki na nim spoczywa i co z niego wynika jest doskonale zobrazowany.

Dwójka natomiast jest brutalnie wykolejona ale z krztą czarnego humoru. Jest to znacznie bardziej minimalistyczny obraz. Może i sprawia wrażenie płynnej kontynuacji ale jednak prezentuje inne wartości, inny klimat. Towarzyszymy ekipie wykolejeńców, którzy nieuchronnie dążą do swej zagłady. W tej części też odnajdziemy znamiona przemian bohaterów. Dużo tu różnorodnych portretów psychologicznych, które ewoluują wraz z fabułą. Niektórych doprowadza to do zbawienia a innych do zagłady. Film utrzymuje tempo narracji oraz prezentuje epizodyczną strukturę. Wzbudza ciekawość.

Mimo tych różnic, oba filmy zdają się mówić jednym głosem ale innym tonem. Jedynka hipnotyzuje formą i prowadzi przez świat, który bardziej się odczuwa niż ogląda. Dwójka z kolei zrzuca tę poetykę ze stołu i zostawia nas z czymś surowszym, bardziej bezpośrednim, momentami wręcz nieprzyjemnym. Obie części się uzupełniają. Jeden buduje emocjonalny fundament, drugi go podkopuje i sprawdza, co jeszcze jest w stanie przetrwać. Siła tkwi w kontraście, który nie rozbija całości, a nadaje jej głębi. To opowieść o tym, co zostaje, kiedy świat już się skończył – i jak bardzo potrafi się to od siebie różnić, zależnie od tego, co się przeżyło. Jestem na tak.